poniedziałek, 23 lipca 2012

Zelów - TE

Niedzielny poranek, szybkie wstawanie, śniadanie w pośpiechu, kawa, i już jedziemy do Zelowa. Okazuje się, że mamy zapas czasu i dobrze. Pomyślałam, że spokojnie bez nerwów dojedziemy na miejsce. Szybko zostałam wyrwana z błogiego spokoju. w Murckach brakło nam gazu, a choć do tej pory się tym nie przejmowaliśmy bo Romek przełączał silnik na benzynę i jechaliśmy dalej, tym razem tak nie zadziałało. Pchanie samochodu do najbliższej stacji (dzięki Bogu nie było daleko i tylko troszkę nie po prostym, a w górę, ciekawe, jak się jedzie samochodem to człowiek nawet o tym nie myśli, że droga idzie lekko pod górę) pokazało mi, że kondycja moja - mniej niż zero, aż wstyd się przyznać. Tankowanie, łapanie oddechu, kaszel i dalej w drogę, teraz już bez problemu dotarliśmy na miejsce 15 minut przed rozpoczęciem nabożeństwa, uff. Ale po drodze piękna Polska, zboża na polach, domki, polne kwiaty, chmury na niebieskim niebie, drzewa, och Panie w jakim pięknym kraju pozwoliłeś nam żyć, pieśni uwielbieniowe same cisnęły się na usta, a że lubimy śpiewać droga minęła bardzo szybko. Na miejscu, spotkania z ludźmi z którymi dawno się nie widzieliśmy, rozmowy, potem seminarium o ... no właśnie zachęcaliśmy do dokonania przełomu w małżeństwach, by zniknęła nuda, byśmy byli w nich szczęśliwi. A potem bardzo fajny koncert Zelowskich Dzwonków. Pierwszy raz byłam na ich koncercie, coś niebywałego! Po prostu uczta dla uszu. A na koniec pobytu w Zelowie usłyszałam dla siebie wezwanie: wypłyń na głębię, daj się pochwycić przez Jezusa, miej odwagę ufać. Właśnie takie słowa przed wyjazdem na Ukrainę, właśnie teraz kiedy mama jeszcze nie ma zdjętych szwów po operacji, teraz kiedy samochód sprawia coraz więcej kłopotu. No właśnie ... teraz!  

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza